Myślę sobie, spokojnie, 9 miesięcy to przecież szmat czasu na przygotowanie się. Kolejne badania, USG, pierwszy odgłos bicia serducha. Rozczulające. Fajne uczucie. USG 3D – następne wow. Widzisz, na razie jeszcze niezbyt rozwinięte ciałko małego dziecka. Super! Polecam. W prezencie dostaję jeszcze filmik z USG, gdzie mój mały „alien” śmiało się wygina.
Ciąża – hmmmm czy ja wiem czy to jest taki stan błogosławiony. Duszności, nieustająca zgaga, zawroty głowy, ogólny brak energii. Jestem zaskoczona, że potrafię zasnąć o 20 wieczorem i obudzić się dopiero nad ranem. Ostatnie miesiące to już wyższa szkoła jazdy. Nogi obolałe i spuchnięte. Ręce też. Aaaaaa skurcze nogi. Koniecznie magnez. Chociaż hola hola są i dobre strony tej przygody – biust!! Wrrrrr piękny, jędrny i duuuuży :). Piękne oblicze ciąży. No i kopnięcia. Z pewnością będzie piłkarzem. Drugi Ronaldo…. Pele, czy Boniek…
9 miesięcy mija bardzo szybko. 28 października umiera Tadeusz Mazowiecki, w nocy skurczeeeeee. Dzień później rodzi się mój urwis. 10 punktów, 2900g, 50 cm. Maleństwo, moje kochane maleństwo… no to się zaczyna. O kurcze i nie zdążyłam jeszcze przeczytać wszystkich książek leżących na półce o pielęgnacji malucha. Ufff na szczęście edukowałam się w szkole rodzenia. Zbawienie! Po 3 dniach pobytu w szpitalu wychodzimy do domu.
Welcome home my sweetheart! Welcome home!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz